czym jest muzyka? - nie wiem. Może poprostu niebem z nutami zamiast gwiazd, może mostem zaklętym, po którym instrumenty prowadzą nas...

Muzyka a .... edukacja

Muzyka a... Edukacja

 

Muzyka a edukacja

Tylko wyjątkowym ignorantom trzeba tłumaczyć, że muzyka ma wręcz zbawienny wpływ na mentalny i emocjonalny rozwój człowieka. Widocznie do takich ignorantów należą osoby odpowiedzialne za majstrowanie przy rodzimym systemie edukacji, przez co muzyka w szkolnictwie została już ponad dekadę temu zepchnięta na dalszy plan. Na szczęście mimo tego, a może właśnie paradoksalnie dzięki temu, szkoły muzyczne wśród placówek artystycznych stanowią miażdżącą przewagę, muzycy natomiast nie przestają angażować się w projekty na styku sztuki i edukacji.

Poczucie misji? Nie, a raczej nie tylko. To się po prostu opłaca
Tekst: Jacek Stramik

W sierpniu ubiegłego roku 170 krakowskich szkół otrzymało zaproszenia na koncerty dla uczniów i seniorów organizowane przez tamtejszą Capellę Cracoviensis. Zespół stworzył cykl takich koncertów z uwagi na apel jednej z radnych, która przywołała przykład London Symphony Orchestra – jej członkowie, a także członkowie innych chociażby zachodnioeuropejskich orkiestr utrzymywanych z budżetu miast ściśle współpracują ze szkołami. Argument jest prosty: poza powinnością wynikającą nie tylko z kwestii finansowania działalności takich przedsięwzięć oraz ich nieocenionej wartości edukacyjnej, istnieje jeszcze aspekt o wiele bardziej przyziemny. Orkiestry mają w tym niebagatelny interes, ponieważ wychowują sobie w ten sposób słuchaczy.

170 do 0
Wstęp na koncerty kosztował 5 zł. Taka cena nie powinna była odstraszyć nauczycieli. I nie odstraszyła. Zaproszenia okazały się bezowocne. Nie odpowiedziała na nie ani jedna placówka! Ale powód był inny niż cena. Edukatorzy nie chcieli tracić czasu. Są bowiem restrykcyjnie rozliczani z przerobionego materiału. Boją się kontroli z kuratorium, każde zwolnienie lekarskie czy wyjście do kina, teatru lub na koncert mąci im plany, które z mozołem rozpisują na początku roku. Taki system. Od razu trzeba postawić radykalną tezę: głupi system. Występowanie w jednym zdaniu wyrażeń „strata czasu” i „koncert” czy ogólniej „wydarzenie kulturalne” trąci nie tylko absurdem, ale właśnie głupotą. Edukacja w takich warunkach jest ni mniej, ni więcej głupotą. Nie spełnia swojej podstawowej, kulturotwórczej, funkcji.
W efekcie na krakowskich koncertach Capelli Cracoviensis pojawiają się tylko seniorzy, którzy mieli dawać przykład uczniom, jak należy się zachowywać na koncertach. Nawet symboliczna „piątka” za wstęp miała nauczyć młodzież, że płatne wejście nie może być w przypadku wydarzeń kulturalnych „odstraszaczem”. Koncerty i inne wydarzenie kulturalne powinny stanowić integralny element edukacji szkolnej, a nie stosowaną zazwyczaj pod koniec roku „zapchajdziurę”. Tłumaczenie dyrektorów krakowskich szkół potwierdza niestety ten drugi wariant. W większości argumentowali oni brak zainteresowania z ich strony niefortunnym momentem wysłania zaproszeń przez Capellę – na początku roku nikt nie myśli o koncertach dla uczniów. Dlaczego? To pytanie dla wspomnianych na początku ignorantów, którzy udzielili już na nie odpowiedzi w postaci zmian w szkolnictwie.

(Nie)szkodliwe reformy
W 2002 roku muzyka przestała być przedmiotem obowiązkowym. Dyrektorzy szkół podstawowych decydowali od tego momentu czy w ich placówkach lekcje muzyki będą prowadzone przez rok czy dwa lata zamiast plastyki. W gimnazjach plastyka mogła całkowicie zastąpić muzykę. Prowadziło to do kuriozalnych sytuacji, nauczyciele muzyki przekwalifikowywali się na plastyków i odwrotnie. Jak w takich warunkach można odpowiedzialnie nauczać danego przedmiotu? Kultura to naczynia połączone, poszczególne dziedziny artystyczne są blisko siebie, ale jednocześnie otwierają przed odbiorcami całkowicie odrębne światy. Szybkie przekwalifikowywanie się z muzyki na plastykę to kolejny absurd. Czy ktoś słyszał o fizyku, który stał się polonistą, albo na odwrót?
Obecnie sytuacja wygląda tylko odrobinę lepiej. W podstawówce jest jedna godzina muzyki tygodniowo przez dwa lata, a w gimnazjach przez trzy. W liceach nadal próżno jej szukać. Nie może to napawać szczególnym optymizmem, z drugiej strony – według Raportu o stanie kultury w obszarze szkolnictwa artystycznego opracowanego na zlecenie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – w Polsce działa 420 szkół muzycznych przy zaledwie 67 plastycznych. Najwięcej jest muzycznych podstawówek, bo aż 302, pozostałe to szkoły II stopnia, są jeszcze 4 szkoły policealne, kształcące aktorów scen muzycznych dla osób, które nie przekroczyły progu 23 lat i 2 eksperymentalne, w tym jedna muzyczna i jedna muzyczno-plastyczna.
Nie można zatem mówić o tragedii, jednak wiadomo oczywiście, że wybór odpowiednio sprofilowanej szkoły to materia wyborów rodzicielskich, zwłaszcza w przypadku szkół I stopnia. Edukacja w wymiarze ogólnym, która angażowałaby uczniów w aktywność kulturalną stymulowałaby natomiast tę młodzież, która przychodząc do szkoły nie wykazywała zainteresowań artystycznych. Byłaby to ogromna wartość. Trzeba to długo i do znudzenia tłumaczyć ignorantom odpowiedzialnym za kształt polskiego szkolnictwa. Może jednak przyjdzie taki dzień, że nie będzie trzeba tego robić, bo coraz częściej rolę edukatorów przejmują na swoje barki muzycy.

Muzyczni nauczyciele
Gdyby poprosić przeciętnego Polaka, takiego który zna kilka zespołów muzycznych, ogląda trochę telewizji i nie stroni od Internetu, o podanie zestawu słów i fraz kluczowych, które kojarzą mu się z raperem Tede, zestaw odpowiedzi byłby prawdopodobnie następujący: „PLNY, hedonizm, mało przekazu, dużo kozackich przechwałek, Peja – nienawiść”. Popularny muzyk tymczasem, wraz ze swoją wytwórnią Wielkie Joł, nie od dziś angażuje się w szereg działań z pogranicza muzyki i edukacji. To zabrzmi jak doniesienie lustracyjne, ale: Wielkie Joł znajduje się na liście współpracowników Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Ostatnio Wielkie Joł zorganizowało konkurs Ferie z rapem, w którym do wygrania było profesjonalna sesja nagraniowa w studiu wytwórni, a podczas Nocy Muzeów w Galerii Koloru, 16 uczestników, w ramach innego konkursu wytwórni, za pomocą ołówków przewijało kasety magnetofonowe na czas. Wielkie Joł w sposób następujący tłumaczy ideę tego przedsięwzięcia: „Celem konkursu była nie tylko świetna zabawa, ale również zwrócenie uwagi, na postęp technologiczny, który dokonał się przez 10 lat funkcjonowania wytwórni i uzmysłowienia młodym słuchaczom różnic w dostępie do muzyki kiedyś i dziś”.
Trudno nie przyznać, że cel był rzeczywiście zbożny. Jednym z najbardziej jaskrawych wzorców wkraczania artystów muzycznych w sferę edukacji jest pamiętna płyta Powstanie Warszawskie zespołu Lao Che, rozpisująca na język dźwięków emocje związane z ważnym dla wielu Polaków wydarzeniem historycznym. Krążek Lao Che właściwie zapoczątkował swoistą modę na inne niż tradycyjne, popkulturowe celebrowanie nie tylko Powstania Warszawskiego, ale wszelkich wydarzeń historycznych. Ogromna popularność płyty i zainteresowanie ze strony osób z różnych kategorii wiekowych sprawiły, że w lipcu ubiegłego roku członkowie kapeli stanęli wraz z samymi powstańcami przed prezydentem, by przyjąć Srebrny Krzyż Zasługi za to, co powinni każdego dnia robić nauczyciele, czyli „popularyzację wiedzy”.

Misja za PLNY
Prezentacja materiału z płyty Lao Che w 2005 roku na terenie Muzeum Powstania Warszawskiego zrobiła na powstańcach piorunujące wrażenie. Przyznali oni, że materiał doskonale oddaje emocje tamtego czasu, a i tak ostra muzyka powinna być jeszcze ostrzejsza! Misja społeczna, jaką jest nauczanie poprzez muzykę ewidentnie interesuje również L.U.Ca, o czym świadczą jego dwie płyty z cyklu Zrozumieć Polskę, a więc 38/39 i Warsaw WAR/SAW. W przeciwieństwie do wrocławskiego rapera, grupa Lao Che – przynajmniej na razie – „nie wchodzi do tej samej rzeki”. Swój pierwszy krok w jej kierunku wykonał natomiast Rychu Peja. A przecież gdyby poprosić przeciętnego Polaka o podanie zestawu słów i fraz kluczowych, które kojarzą mu się z Rychem Peją… to wiadomo.
Lider poznańskiego środowiska hip-hopowego, na zlecenie Fundacji Szczęśliwe Macierzyństwo, nagrał wraz z Katarzyną Skrzynecką i Pawłem Królikowskim Płytę do zjedzenia, która popularyzuje zdrowe odżywianie wśród dzieci. Oto, co sama fundacja pisze o swoim projekcie: „Płyta do zjedzenia przekona Wasze dzieci do zdrowej diety. To świetna zabawa, a nie kolejny nudny wykład o zdrowym odżywianiu. Płyta, którą trzymacie w ręku to nie tylko słuchowisko, zabawne teksty, szybko wpadające w ucho piosenki, to przede wszystkim misja, jaką chcemy zaszczepić w najmłodszym pokoleniu. Nie chcemy wyłącznie edukować, chcemy bawić i edukować. Chcemy, aby znane głosy rozbrzmiały w każdym polskim domu”.
Fundacja informuje wprost o misji i trudno nie przyznać jej racji. Między np. Powstaniem Warszawskim a Płytą do zjedzenia istnieje jednak diametralna różnica, jeśli chodzi o przygotowanie tych płyt. Krążek Lao Che powstał – mówiąc banalnie – „z potrzeby serca”. Przedsięwzięcie Szczęśliwego Macierzyństwa to z kolei dokładnie zaplanowana kampania, wspierana przez potężnych sponsorów. Kampania naprawdę zacna z punktu widzenia aksjologii, ale taka sama z punktu widzenia biznesu. I to nie jest zarzut! Jedynie próba zaakcentowania aspektu komercyjnego misji.
Nagranie Płyty do zjedzenia na pewno opłaciło się Rychowi Peji, tak samo jak nagranie Powstania Warszawskiego opłaciło się członkom płockiej kapeli. Różnica polega na tym, że Lao Che strzelało na ślepo… i trafiło, bo spełnianie misji społecznej przez muzykę to również szansa na spełnienie biznesowe i sukces rynkowy.

Społeczna koncepcja marketingu muzycznego
Każdy student pierwszego roku marketingu wie, czym jest koncepcja marketingu społecznego. W skrócie zasada jest prosta: dobro się opłaca. Jeśli sprzedajesz rowery, a część zysków przekazujesz na ochronę lasów deszczowych, poinformuj o tym – sprzedasz więcej rowerów. Bo ludzie lubią dobro, lubią dobrych ludzi. Podobnie jest z rynkiem muzycznym. Wartościowe, dobre, przydatne społecznie inicjatywy wspierane przez artystów opłacają się artystom. Działa tutaj także mechanizm kumulacji wartości: dlaczego nie zrobić czegoś pożytecznego i przy okazji trochę nie zarobić?
Społecznej koncepcji marketingu muzycznego w sposób fenomenalny zaprzecza Jurek Owsiak, który nie dość, że już przed laty za sprawą Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dokonał przełomu w obszarze postrzegania dobroczynności, to w dodatku swoją – powiedzmy figlarnie – „weekendową” aktywność, czyli Przystanek Woodstock okrasza niepojętą dobroczynnością. Nie chodzi już nawet o to, że wstęp na Woodstock jest darmowy. Rzecz rozbija się o trzy słowa (i to co się za nimi kryje): Akademia Sztuk Przepięknych.
O Akademii Sztuk Przepięknych najpiękniej opowiada sam Owsiak: „To miejsce, w którym Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki i Leszek Balcerowicz opowiadali o losach Polski, miejsce w którym Tomasz Lis, Monika Olejnik i Tomasz Sekielski rozprawiali na temat dziennikarzy i dziennikarstwa, to przestrzeń w której Dorota Masłowska, Janusz Głowacki i Jerzy Bralczyk opowiadali o języku i jego roli w dzisiejszym świecie”. Jest to misja, o której trudno nawet powiedzieć, że się opłaca. Jest to misja, która się opłaca, ale społeczeństwu.
Twórca WOŚP-u i Woodstocku stworzył jakąś niepojętą, samonapędzającą się machinę muzycznej dobroczynności, edukacyjno-muzyczne perpetuum mobile, pokazując początkującym albo nieporadnym animatorom kultury, nauczycielom i tym, którym dostaje się tutaj od początku, czyli ministerialnym ignorantom od edukacji, jak się powinno łączyć muzykę i edukację właśnie.

Na koniec – znowu bura
Ignoranci od edukacji wystarczająco się nacierpieli, koniec z nienawiścią, czas na kilka wniosków. Krzysztof Pawłowski, autor wspominanego już tutaj raportu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zdradza, że jest zwolennikiem wprowadzenia systemu studiów płatnych w Polsce. Jednak system ten nie powinien jego zdaniem obejmować uczelni artystycznych, ponieważ wydatki z budżetu na ich utrzymywanie to istotny wkład w narodową kulturę i gospodarkę.
Krzysztof Pawłowski zdaje się rozumieć, że sztuka, w tym muzyka, funkcjonuje w oparciu o gospodarkę i rządzi się po prostu prawami rynku. Również sztuka społecznie zaangażowana. Ze względu na wszystko, co zostało tutaj napisane, nie sposób nie poprzeć rozważań autora raportu.
W odniesieniu do szkół niesprofilowanych artystycznie, można zauważyć jedynie, że – jeśli będzie to jakieś pocieszenie – Wielka Brytania ma podobny problem z muzyką, która w nauczaniu ogólnym jest traktowana po macoszemu, a właściwie nie ma jej w ogóle. Jakiś czasu temu Damon Albarn, legendarny założyciel Blur i Gorillaz zaapelował do brytyjskiego rządu o wprowadzenie do szkół obowiązkowych lekcji muzyki.
„To oburzające, że muzyka nie jest ważnym elementem egzaminów szkolnych. Kiedy miałem 15 lat pisywałem utwory na orkiestrę kameralną i uważam, że każdy człowiek, który interesuje się muzyką, powinien znać jej zasady. Ludzie, którzy nie potrafią czytać nut, tracą dostęp do ogromnego bogactwa, a tak być nie powinno” – powiedział publicznie Albarn. Rodzimi ignoranci powinni wziąć sobie do serc słowa brytyjskiego muzyka.